- przeczytałem 44 książki
- stron: 16 762
- średnia: 45,92
Porównując dane z rokiem 2010, gdzie:
- książki: 33
- stron: 15 466
- średnia: 42,32
mamy następujące wnioski. Czytałem więcej o około 8% (liczba stron). Liczba tytułów wzrosła o 33%. Ta zależność przełożyła się w efekcie na krótsze książki. W 2010 każda przeczytana przez mnie książka miała około 468 stron, podczas gdy w roku 11 było to już tylko 380. Zaznaczam tutaj, że nie dobierałem repertuaru pod kątem liczby stron, poza jednym wyjątkiem - odpuściłem świadomie Księgę wszystkich dokonań Szerlocka Holmes'a, ze względu na astronomiczny rozmiar - 1100 stron w bardzo dużym formacie. Acha. No i przy każdej z książek wpisałem subiektywną ocenę w skali od 1 (najsłabiej) do 10 (najfajniej). Wystawiałem ją w odniesieniu do innych tytułów z tego roku. W prostym przykładzie: biografia pt. "Steve Jobs" W. Isaacsona podobała mi się 9,5 bardziej od biografii Ksiądz Paradoks M. Grzebałkowskiej, której przyznałem ocenę 9. I podkreślam podobała. Oznacza to wszystko co wpływało na przyjęcie książki. Historię opowiedzianą w środku. To jest najważniejsze. Historia, bohaterowie, relacje. Mniej, ale jednak istotny był też styl pisania. Brałem także pod uwagę jakość wydania (twarde książki! uwielbiam!). Zdjęcia. Zapach. Grubość papieru. To czy chciało mi się klikać po internecie i szukać innych wiadomości. Czy dana pozycja zmieniła moje postrzeganie świata? Czy dana pozycja zmieniła mnie jako człowieka? Innymi słowy, czy fajnie się czytało (I tak mała uwaga na marginesie. Czuję, choć nie liczyłem, że im wyższa ocena tym wyższa średnia z książki, jeżeli chodzi o liczbę stron.).
Plik w lepszej rozdzielczości jest tutaj. (Blogger mnie ograł, starzeję się :-).
Bez zbędnych ceregieli i retardacji, tak uwielbianej przez bohaterów Krajewskiego, widać że w tym roku najprzyjemniejszy czas spędziłem przy Hotelu New Hampshire oraz w trakcie czytania książki o zakładaniu nowych biznesów technologicznych - The Four Steps to the Epiphany (genialny, skromny tytuł).
Fakt, że hotel New Hamspshire był dla mnie objawieniem trochę mnie zasmucił. Z jednej strony dlatego, że dotychczas udawało mi się myśleć i żyć w gettcie fantasy i science fiction stworzonym przez Fabrykę słów. Porządna powieść dla mnie musiała mieć smoka. Albo dwa. W tym towarzystwie proza Dukaja wydawała się niejako odrealniona i będąca na wyższym poziomie. I to zniszczył Irving. Do kwietnia 2011 roku nie byłem sobie w stanie wyobrazić, że powieść o rodzinie i jej losach może być ciekawa. Toż to musi być jakaś dynastia. Ale po przeczytaniu pierwszej (dla mnie) książki byłego zapaśnika, fantastyka zbladła. I dostała po dupie. Wracając do Hotelu. Rozmach kolosalny. Bohaterowie.... brak mi słów. Żywi? I otrzeźwienie, zimne spływające po plecach, że takich zdań nie stworzę nigdy. Więc pisarzem nie będę.
Patrząc dalej na listę widzę, że dobra fantastyka jest w stanie się obronić. D. Simmons z całą sagą Hyperiona to po prostu kawał dobrej prozy. Świetnie przygotowanej, z rozmachem. I jak się okazuje nie trzeba niszczyć gwiazdy śmierci by stworzyć wiarygodny kosmos.
Last but not least, książki najsłabsze. Kilka słów przestrogi. Wampir z M-3. Słabe. Nie wciągnęło. Główna bohaterka .... bleeee. Coś tam ratuje Warszawa w PRLu. Fabuła tylko po to wymyślona aby opisać Warszawę. No i Wampiry. No kur****. Meh. Najsłabsza książka Mistrza Andrzeja. Ale nie martwcie się. Forma wróciła.
Biografia Cejrowskiego nie dorasta jego prozie do bosych pięt.
I na koniec. Porchazka psuje Zambocha. Przeczytajcie to. Bo musicie. Każdy musi czytać Zambocha ale trzeba to zrobić jak JFK. Szybko i skutecznie.









