poniedziałek, 2 stycznia 2012

Mój Excel 2011

Nie udało mi się. Miałem cel. Przeczytać tyle książek ile jest tygodni. I od razu mówię, nie udało mi się dokonanie tej sztuki. Miałem krótką dyskusję na temat tego czy czytam dla statystyk. Odpowiadając na to pytanie, muszę stwierdzić, że... tak? Nie? Nie wiem? Po prostu robię statystyki tego co udało mi się przeczytać, a to że jestem próżny i się tym chełpię to już jest inna sprawa. W odróżnieniu od sytuacji takiej jak koszykówka, gdzie parametry fizyczne mają znaczenie, w przypadku czytania każdy może stać się zesnobowany. Tak jak ja. Przejdźmy jednak do mojego excela za 2011. Twarde statystyki są takie:

  •  przeczytałem 44 książki 
  • stron: 16 762 
  • średnia: 45,92 

 Porównując dane z rokiem 2010, gdzie:

  •  książki: 33
  • stron: 15 466
  • średnia: 42,32
mamy następujące wnioski. Czytałem więcej o około 8% (liczba stron). Liczba tytułów wzrosła o 33%. Ta zależność przełożyła się w efekcie na krótsze książki. W 2010 każda przeczytana przez mnie książka miała około 468 stron, podczas gdy w roku 11 było to już tylko 380. Zaznaczam tutaj, że nie dobierałem repertuaru pod kątem liczby stron, poza jednym wyjątkiem - odpuściłem świadomie Księgę wszystkich dokonań Szerlocka Holmes'a, ze względu na astronomiczny rozmiar - 1100 stron w bardzo dużym formacie.  Acha. No i przy każdej z książek wpisałem subiektywną ocenę w skali od 1 (najsłabiej) do 10 (najfajniej). Wystawiałem ją w odniesieniu do innych tytułów z tego roku. W prostym przykładzie: biografia pt. "Steve Jobs" W. Isaacsona podobała mi się 9,5 bardziej od biografii Ksiądz Paradoks M. Grzebałkowskiej, której przyznałem ocenę 9. I podkreślam podobała. Oznacza to wszystko co wpływało na przyjęcie książki. Historię opowiedzianą w środku. To jest najważniejsze. Historia, bohaterowie, relacje.  Mniej, ale jednak istotny był też styl pisania. Brałem także pod uwagę jakość wydania (twarde książki! uwielbiam!). Zdjęcia. Zapach. Grubość papieru. To czy chciało mi się klikać po internecie i szukać innych wiadomości. Czy dana pozycja zmieniła moje postrzeganie świata? Czy dana pozycja zmieniła mnie jako człowieka? Innymi słowy, czy fajnie się czytało (I tak mała uwaga na marginesie. Czuję, choć nie liczyłem, że im wyższa ocena tym wyższa średnia z książki, jeżeli chodzi o liczbę stron.). 



Plik w lepszej rozdzielczości jest tutaj. (Blogger mnie ograł, starzeję się :-).


Bez zbędnych ceregieli i retardacji, tak uwielbianej przez bohaterów Krajewskiego, widać że w tym roku najprzyjemniejszy czas spędziłem przy Hotelu New Hampshire oraz w trakcie czytania książki o zakładaniu nowych biznesów technologicznych - The Four Steps to the Epiphany (genialny, skromny tytuł).
Fakt, że hotel New Hamspshire był dla mnie objawieniem trochę mnie zasmucił. Z jednej strony dlatego, że dotychczas udawało mi się myśleć i żyć w gettcie fantasy i science fiction stworzonym przez Fabrykę słów. Porządna powieść dla mnie musiała mieć smoka. Albo dwa. W tym towarzystwie proza Dukaja wydawała się niejako odrealniona i będąca na wyższym poziomie. I to zniszczył Irving. Do kwietnia 2011 roku nie byłem sobie w stanie wyobrazić, że powieść o rodzinie i jej losach może być ciekawa. Toż to musi być jakaś dynastia. Ale po przeczytaniu pierwszej (dla mnie) książki byłego zapaśnika, fantastyka zbladła. I dostała po dupie. Wracając do Hotelu. Rozmach kolosalny. Bohaterowie.... brak mi słów. Żywi? I otrzeźwienie, zimne spływające po plecach, że takich zdań nie stworzę nigdy. Więc pisarzem nie będę.
Patrząc dalej na listę widzę, że dobra fantastyka jest w stanie się obronić. D. Simmons z całą sagą Hyperiona to po prostu kawał dobrej prozy. Świetnie przygotowanej, z rozmachem. I jak się okazuje nie trzeba niszczyć gwiazdy śmierci by stworzyć wiarygodny kosmos.


W 2011 (czytelniczym) roku dwa fakty zasługują na podkreślenie. Po pierwsze dopadła mnie literatura faktu. Co jest pokutą przeczytania niewinnej książki Gottland, rok temu. Za mną twórczość Badera. Biografia Jobsa. Przede mną Kapuściński. Druga rzecz to fenomen Krajewskiego, któremu się opierałem. I powiem tak. Było warto. Z prostego powodu. Mogłem przeczytać w jednym roku kilka jego powieści a nie czekać na kapiące raz do roku ochłapy. Rozprawiłem się z prozą Krajewskiego po Mockowsku. Czyli do syta i popiłem setką. Polecam każdemu. Klimat was wciągnie, złapie  w imadło i nie puści. Na koniec nagroda specjalna. Ksiądz Paradoks. Przeczytałem tylko dlatego, że wgniótł mnie w fotel kawałek audiobooka przygotowany dla tej powieści, zasłyszany w radiu Tok FM. Warszawa była tak plastycznie opisana. Musiałem kupić tą książkę. Natomiast sam ksiądz Twardowski. Hmmmmm. Nie słyszałem o nim dotąd zbyt wiele. Ale to nadrobiłem i było warto. Co za życie. Co za człowiek. I wreszcie. Co za czasy.



Last but not least, książki najsłabsze. Kilka słów przestrogi. Wampir z M-3. Słabe. Nie wciągnęło. Główna bohaterka .... bleeee. Coś tam ratuje Warszawa w PRLu. Fabuła tylko po to wymyślona aby opisać Warszawę. No i Wampiry. No kur****. Meh. Najsłabsza książka Mistrza Andrzeja. Ale nie martwcie się. Forma wróciła.
Biografia Cejrowskiego nie dorasta jego prozie do bosych pięt.
I na koniec. Porchazka psuje Zambocha. Przeczytajcie to. Bo musicie. Każdy musi czytać Zambocha ale trzeba to zrobić jak JFK. Szybko i skutecznie. 

niedziela, 13 lutego 2011

True grit.

Byłem w kinie. Rzadko mnie tam można spotkać. Jakoś kino nie ekscytuje tak jak kiedyś. Albo dają mniej filmów produkcji mongolskiej o samotności geja śpiewającego na pustyni, do kwiatów. Aga lubi takie filmy. Jakoś mniej ich jest. Więc chodzimy na blockbustery lub jak kto woli na hity. I na hicie byliśmy. True Gritt jest dobre. Bardzo dobre nawet. Plastyczne, piękne i choć okrutne to cały czas porusza się w archetypie bajki.


Z drugiej strony ten film (chyba?) pokazuje jakie kiedyś były Stany Zjednoczone. Dawno temu... Ponad 100 lat. I rozbiło mnie to mocno. Przybiło. I szura do tej chwili tak mocno, że piszę ten wpis. Ostatnio mam mało chęci i czasu na uprawianie pisarstwa jednak obraz USA spowodował tą erekcję twórczą.
Nie jestem pewien czy tak było naprawdę. Jeśli ktoś chce mnie poprawić to proszę bardzo. Poprawicie mi humor. Chodzi mi o zawieranie umów. O zaufanie, które jest spoiwem tego filmu. Nie chcę zdradzać fabuły... wiadomo zwykle bohaterowie motywowani są szlachetnymi pobudkami (ocalić królestwo, zabić smoka, przerznąć księżniczkę etc.) lub ich motywem są pieniądze. Wtedy wiadomo że zdradzą... albo nie. I tak dzieje się tutaj. Tymi motywami powodzeni są główni bohaterowie. Jednak to co uderzyło mnie najbardziej, to kwestia UMOWY jaką zawierają między sobą AMERYKANIE. Wszystko jest słowne. I wszystko jest skuteczne (no nie zawsze). Czytałem ostatnio książkę WC a raczej jego biografię. I co ? Amerykanie potrafią zawrzeć ustną umowę i się jej trzymać jakby była na papierze. No pewnie, że nie wszyscy i nie zawsze ale tam coś takiego funkcjonuje. Czytałem też Fukuyamę (nie pomnę co) o rozwoju społeczeństw i pisał on, że społeczeństwa rozwijają się szybciej w momencie gdy sobie ufają. I to zaufanie nie jest jakimś boskim darem ale koniecznością. Na drugim krańcu są struktury oparte na rodzinie, gdzie świat dzielony jest na swoich i obcych. Tam się nie ufa. Tam się walczy. I tak jest u nas w Polsce.
Pracuję w biznesie i podpisuję umowy z Polskimi firmami. Pracowałem też z zagranicznymi i nie mówię, że oni NIE bronią swoich interesów. Bronią i to skutecznie ale jak już podpiszą umowę to możesz im ufać. A u nas ? W Polsce? Często traktują cię jak złodzieja, który jeśli nie Cię wyrucha to pewnie coś tam podpierdoli... Nie jest tak? To powiedzcie na głos pierwsze słowo, które kojarzy się wam z ekipami budowlanymi. No właśnie... nie było to zbyt pozytywne. Piwo? Złodzieje? Uważać? Negatywne oceny miała zapewne większość. Co ciekawe ci sami Polacy na zachodzie traktowani są jako uczciwi, robotni fachowcy. Zatem jeżeli mamy się rozwijać to musimy wyrobić w sobie odruch zaufania. A do tego potrzeba prawdziwej odwagi, tym większej że w naszym kraju rucha nas nawet rząd.

piątek, 7 stycznia 2011

Mój excel 2010. Podsumowanie.

Witam tych kilku pozostałych przy moim blogu czytelników. Nie żebym miał jakieś noworoczne postanowienie. Jesteśmy wszyscy zbyt duzi i nie będę was oszukiwał. Że będę pisał każdego dnia. Albo, że stanę się nowym, lepszym antywebem. Nie będzie tak.
Z drugiej strony nie porzucam tego bloga. I w momencie gdy ciśnienie twórcze będzie już nie do wytrzymania, znajdziecie tutaj jakiś wpis. Po prostu lubię pisać. Jeszcze bardziej lubię czytać, zatem zaczniemy ten rok dość nieoryginalnie. Od podsumowania mojej działalności czytelniczej za rok zeszły. Zakończymy natomiast opisem katorżniczego marzenia.
Patrząc na suche statystyki nie było źle. Przeczytałem trzydzieści trzy pozycje. Liczba piękna i mająca swój wydźwięk magiczny. Stron było prawie piętnaście i pół tysiąca. Dni, jak to w roku 365. Daje to średnio 42 strony dziennie. Not bad. Not bad at all. Jestem osobiście z siebie dumny. Ściskam swą prawicę. Wracając jednak do naszych baranów, nie ilość a jakość się liczy.

Ulegając modzie na wszystkie rankingi, turnieje i konkursy, poniżej macie najlepszą trzy tytuły, które przeczytałem w roku 2010.

Pozycja 3 - Trylogia Millenium

Tą pozycję można w skrócie przedstawić tak: "jedzcie gówno, 400 miliardów much nie może się mylić". Wyłapując pewną ironię w powyższym zdaniu, można posądzić mnie iż sympatyzuję z oryginalnością. Często tak jest, że warto iść pod prąd. Jednak w przypadku dzieła Larssona, szum medialny nie oznaczał dzieła marnej jakości. Trylogia Millenium została przeze mnie wchłonięta. Głównie przez bohaterów. Oraz precyzję pisania. Bardzo konkretny styl i wyrobione pióro miał Larsson. Acha i będąc pisarzem warto umrzeć młodo. Artystom ogólnie służy takie rozwiązanie.

Pozycja 2 - The Book Of Basketball. NBA According to the Sports Guy

Miejsce drugie raczej nie przypadnie każdemu do gustu. Należy grać w koszykówkę i interesować się NBA. Jeżeli natomiast pamiętasz batalie Barkley'a z Jordanem, ta książka cię powali. Zmiecie. I zostaną po tobie jedynie okruchy. Tak dobry jest Simmons. W sensie gastrycznym, warto też zadbać o ochronę brzucha, bo ten może pęknąć ze śmiechu. Tak śmieszny jest Simmons. Nauczysz się też sporo o życiu. Tak mądry bywa Simmons. Po prostu przeczytaj. No brainer.

Pozycja 1 - Zrób sobie raj

Zwycięzca może być tylko jeden. Szczygieł. Mariusz Szczygieł. Za dziecka znany mi jako blond prezenter z Polsatu. Później w procesie mego dorastania okazało się, że p. Mariusz pisze. Reportaże. Może mam skrzywione spojrzenie na jego twórczość, bo z Gottlandem zapoznawałem się jadąc rowerem przez Czechy. Na okładce powinno być napisane, że czytać tylko w Czechach. Najlepiej jadąc rowerem. Czytać nieśpiesznie. Popijając piwem. Perfekt.
Zrób sobie raj jest kontynuacją. Czy lepszą? Szczerze, nie wiem. Inną. Bardziej osobistą. Jest jak spotkanie z dobrym kolegą. Zawsze zajmujące. Zawsze ciekawe. Bo w końcu tak jest między kolegami. Mus.

Z drugiej strony wśród znajomych postrzegany jestem jako czytelnik fantastyki. Pytanie - dlaczego w moim Top3 nie znalazł się Pan Lodowego Ogrodu, Koniasz czy inny Pilipiuk. Chyba dorastam i fantastyka staje się literaturą "in between". Pomiędzy rozdziałami Daviesa czy Dukaja (którego za fantastykę już nie uważam). A Martina czytałem ponownie więc nie brał udziału w rankingu. Ot co.

Aby zamknąć obiecanym na początku katorżniczym marzeniem, stwierdzam, że chciałbym przeczytać tyle książek ile jest tygodni. 2011 brzmi jak dobry rok na to.

niedziela, 14 listopada 2010

Prawa autorskie. Heh.

Tak sobie siedziałem w piątek w pracy. Z Marcinem niejakim B. I zapytałem się go z głupia frant, czy jeżeli zrobię zdjęcie okładki książki to czy będę mógł ją wykorzystać. Przy okazji pokazując jakieś dziełko fantasy z supersoczyście zaprojektowaną okładką. Marcin B. nie miał pojęcia, ale jak to on autorytarnym tonem stwierdził, że prawa nie mam.

To był przyczynek do moich rozważań. Czy kupując książkę zawieram umowę odnośnie, robienia zdjęć tejże książce. I czy nie mogę tego później wykorzystać. Stwierdziłem, że żadnej umowy nie zawieram, bo nic nie podpisuję. No chyba, że paragon do karty :-). Ale jednak wydawcy nie są tacy głupi. Mają coś co się nazywa Copyright (jest w książce) i to chyba mi tego rzeczywiście zabrania. Poza tym piszą explicite, że nie mogę rzeczonej książki skopiować. Ok. A teraz spójrzmy dalej.

Mamy Agorę, która jest wydawcą Gazety Wyborczej. Oraz Gazeta.pl. Pracują tam dziennikarze, którzy tworzą treść. Agora jest przeciwna kradzieży treści. Bliżej nieoznaczeni piraci (wiecie, studenci z akademików), są generalnie be.

I ta sama Agora ma w swoich szeregach serwis zczuba.tv. Który opiera się na wrzucaniu filmików z YT. Sic!!!!! Zakładam (nie czytałem ale prawnicy z Agory na pewno tak) , że zczuba.tv ma napisane w swoim regulaminie, że nie ponosi odpowiedzialności za treści, które udostępnia za pomocą serwisów trzecich. Bo tak naprawdę, to na swoim serwerze uruchamia kawałek kodu z innego serwera (Czym to się różni od zdjęcia okładki to ja nie wiem :D). W tym wypadku z Youtube. Więc rzeczony Youtube, ma zadbać o to aby prawa do tego czegoś były "koszerne".


Tutaj mała dygresja, zczuba.tv nie wrzuca filmików z ekstraklasy (polskiej piłki kopanej). A dlaczego? Czy to nie przypadkiem wynika z faktu, że Ekstraklasa.tv, khm khm jest własnością Agory :-).

Zatem zrekapitulujmy - zczuba.tv jest zabezpieczone prawnie (zapewne). Nie wrzuca materiałów, które ta sama firma publikuje na zasadzie licencji i aby było śmieszniej artykuły od Agory (w tym te ze zczuba.tv) można kupić w cenie 250 zł netto za miesiąc :-)
Mało tego, zczuba prezentuje reklamy. Więc zarabiają podwójnie na treści video, której nie kupują. Mało tego, zakładam, że treść może być kradzona bo czasem bramki wrzucane są z egozotycznych rosyjskich (lub z innych krajów serwisów).



Jak to zatem jest, że z jednej strony sprzedaje swoje artykuły, a z drugiej strony głównym modelem biznesowym jest zarabianie tam na treściach do których nie ma praw ? Lekka schizofrenia. A jakbym zaembedował cały artykuł ze zczuba u siebie na blogu, to jak sądzicie, czy by mnie ścigali ?

Gazeta uczy się od najlepszych ;-). Od Google. Youtube ma dokładnie taki sam model. Żyje z video, które ktoś do nich wrzuca. Jak sądzicie mają ci użytkownicy copyrigths czy nie? Z drugiej strony Youtube chwali się systemem, w który mogą przejrzeć wszystkie filmy na swoim serwisie i zablokować te, które łamią prawa :-). Ale to właściciel praw musi się do nich zgłosić. Ja rozumiem, że YT działa, w założeniu dobrej woli, że ludzie będą wrzucali na ich serwis film w którym ich roczny maluch robi swoją pierwszą kupę do nocnika. Więc wszystko jest koszerne. Przynajmniej oficjalnie.

Z drugiej strony (chyba Verizon) inny korpo-gigant, przechwycił prezentacje, które w sposób dorozumiany świadczyły, że właściciele YT jednak domyślają się z czego będą mieli pieniądze. Nie są przecież idiotami nie ? Są super-smart :-)


A jaki z tego morał ? Prosty. I dosadny. Gdybym ja zrobił zdjęcie książki to bym miał problemy na głowie. A duży ma prawników :-) Prawa autorskie. Heh.

A tak na serio ? Sam oglądam masę rzeczy na YT, na zczuba też. I nie uważam, że te serwisy trzeba zamknąć. Należy natomiast zmienić system aby prawdziwi właściciele dostawali pieniądze za swoją treść. To nie serwisy są złe, tylko świat nie nadąża.

wtorek, 19 października 2010

The Book Of Basketball

A więc jesteś fanem piłki nożnej ? Ja też jestem. Piszę te słowa w przerwie meczu Real - Milan. Jednak to nie piłka nożna jest sportem, który kocham najbardziej. Jest to być może związane z prostym faktem, że nie biegam najszybciej. Prędkość i sprint to dwa największe atuty futbolu. Zatem znalazłem inny obiekt swojej adoracji. Jest to koszykówka. Gram w nią nieprzerwanie od 6 klasy szkoły podstawowej, mimo iż nie jestem gigantem. Ale dopiero teraz ją zrozumiałem...

Koszykówka jest sportem wielokrotnie wdzięczniejszym do uprawiania od piłki nożnej. Graczy jest mniej, gra się rękoma i inteligencją oraz doświadczeniem można wyrównywać braki fizyczne. Ta gra premiuje myślenie jak, żadna inna... (poza być może szachami). W żadnym innym sporcie nie ma zagrywek, w których bierze udział cała drużyna. Zatem widać, że nie jest to sport prosty.
Z drugiej strony, w odróżnieniu od futbolu, koszt jest wiele lepiej opisany za pomocą statystyk. Mamy punkty, zbiórki, przechwyty, bloki, skuteczność rzutów, rzuty za dwa, za trzy, wolne. Wskaźniki efektywności (+/-), asysty, triple-double, double-double.... oraz masę innych wskaźników.
Na podstawie tak ogromnej ilości danych, można by sądzić że da się obiektywnie stwierdzić, który gracz jest / był najlepszy. Która drużyna wygrałaby z każdym. O tym właśnie swoją książkę napisał Bill Simmons. Jeżeli ktoś myśli, że ma przed sobą traktat pełen statysyk... to prawie ma rację. I każdy zakochany w liczbach winien tą książkę przeczytać. Jednak to nie po to piszę ten wpis. Moje wewnętrzne swędzenie, po przeczytaniu 700 stron o graczach z NBA to poza niesamowitą dawką humoru, jest konstatacja że jest to po prostu książka o życiu. O rywalizacji. O osiąganiu celów i marzeniach, które czasem nas niszczą a czasem windują nas na wysokości wręcz niebotyczne. Bo zadajmy sobie pytanie... dlaczego jest tak, że grupa 12 graczy (zespół NBA), zbierający się w określonym celu wygrywa. Z każdym. Zostaje mistrzem. Następnie to powtarza i tak 7 razy... Jak to się dzieje, że inni naszpikowani wręcz gwiazdami tymi mistrzami nie zostają ? Co jest Sekretem, który pozwala zwyciężać. Czy każdy może go pojąć (odpowiem: tak), czy każdy może go wdrożyć .... hmmm. Na to i inne pytania (np. co to jest Klub 42 albo dlaczego Simmonsowi skończyły się żarty o kokainie) znajdziecie odpowiedź w Biblii Koszykówki.

środa, 4 sierpnia 2010

Signum temporis

Wszyscy wiemy, że jest era mediów społecznościowych. Oddychamy facebookiem, lansujemy się na twitterze, pokazujemy dupę na naszej klasie. Znak czasów. Innym wskaźnikiem dynamicznej zmiany są zawody, które powstają jak grzyby po deszczu. Ostatnio byłem rekrutowany (nieskutecznie;-), na człowieka, który miałby stworzyć strategię społecznościową w szacownej, dużej instytucji. Jeżeli zatem mamy czasy, gdy obarczone niezmierzoną inercją szanowane korporacje zauważają social media to czasy się zmieniły.

I czuję się staro. Nawet ostatnio o tym pisałem. I dochodzę do wniosku, że czas zacząć pisać memuary... przecież tyle już widziałem, tyle już doświadczyłem co powiedzmy 200 lat temu przeciętna osoba w ciągu całego swojego życia. Tak mi się przynajmniej zdaje. Ha ! Później je wydam... na jakimś blogu i stanę się sławny.



Ale wróćmy do naszych baranów. Social. Twitter. I pewien dość zdumiewający fakt - dramatyczne skrócenie komunikacji. Kiedy byłem mały, marzyłem, że napiszę list do Chicago. Oni oczywiście odbiorą go. Jedna z sekretarek będzie tak wzruszona, wyznaniem małego koszykarza z dalekiej Polski, że wyślą samolot (albo helikopter!) po mnie i zwiozą mnie do Michaela Jordana abym ograł go 1na1 :-).
Listu oczywiście nie napisałem. Znaczki i tak były drogie no i wiedziałem, że raczej nie będzie to męska wersja bajki o kopciuszku.

No i mamy twittera. I Internet. I nie mówię, że teraz łatwiej zagrać z Michaelem Jordanem w kosza. Ale możesz napisać do Shaquille'a O'neal'a. I on ci odpisze... :-). Czy świat się nie zmienił ?

poniedziałek, 5 lipca 2010

Mordujmy się z pieśnią na ustach. Czyli Boga nie ma, rozprawa o największym gigancie marketingu wszechczasów.

Drodzy. Zanim zacznę, mała uwaga. Kolejne dni wyprawy Warszawa - Wiedeń już niedługo. Następnie chciałbym się skupić na małej dygresji zanim zacznę. Po pierwsze niektórzy mogą czuć się obrażeni tym wpisem. Zatem chciałbym podkreślić, że jest to li moje prywatne zdanie. NIE mam zamiaru obrażać nikogo. Dalej, chciałbym równie mocno podnieść fakt, że moją intencją nie jest agitowanie nikogo, zmiana poglądów ani nic podobnego. Piszę, z czystego chciejstwa podzielenia się swoją opinią. Ach, no i byłbym zapomniał. Ameryki nie odkrywam. Wszystkie te moje przemyślenia można znaleźć u mądrzejszych. Lepiej zapewne podane, w ciekawszym sosie faktów. Natomiast ja staram się być felietonowym impresjonistą. Przelewam swoje uczucia na papier, tak jak je widzę w tej chwili.

Smok dygresji był dziś dość pazerny. Musimy przywołać go jednak do porządku. Wracamy do tematu. Jest nim mianowicie dziś Europa. W sensie półtora miliona słów napisanych przez Normana Daviesa. Przekłada się to na 1212 stron. Razem z mapami, które się studiuje uważnie mamy tych stron 1343. O czym jest ta książka ? Jeżeli spojrzymy na tytuł. Wydaje się to proste. O kontynencie na którym żyjemy. Z lektury wyniosłem wrażenie, że autor z całą dostępną mu swadą stara się obronić tezę, że Europa nie ciągnie się na zachód od Berlina (czasami w Europie innych historyków, zdaniem autora, pojawia się twór zwany Moskwą). Wrażenie musi być piorunujące, w momencie gdy jesteśmy mieszkańcami rzeczonej Zachodniej Europy ale będąc Polakami, pochodzącymi z Łodzi wydaje się nam oczywiste, że my też Europejczykami jesteśmy. Nie jest to podobno postawa zbyt rozpowszechniona wśród mieszkańców cywilizowanego zachodu.



Autor zatem toczy swoją bitwę, perorując o Europie wschodniej starając się pokazać HISTORIĘ całego mini-kontynentu. Warte to zauważenia. Godne i chwalebne. Natomiast każdy wynosi z książki to co chce. Niektórzy skupiają się na morderstwach, inni na subtelnym realizowaniu chuci a jeszcze inni wolą mordowane smoki, niektórzy wolą natomiast proste rżnięcie i biuściaste dziewczyny roznoszące browar. Co kto lubi. Ja też tak mam i nie mówię tu o przywołanych przed chwilą dziewczynach. Przynajmniej nie w tej chwili. Do mnie Europa uderzyła z innej strony.

Patrząc na historię [zamkniętą w pigułce jednego tomu, co nie zdarza się w szkole] widzimy Kościół Katolicki i jego ewolucję. Abstrahując od faktu, czy wierzymy w Boga. Tak na sucho, możemy powiedzieć, że mamy do czynienia z największym marketerem w historii świata. Budżet praktycznie nieskończony. Patrząc na produkt - Wiara daje możliwość życia z największym obiektywnie bólem każdego człowieka - ze Śmiercią, widzimy gołym okiem że jest co sprzedawać. Jest to nawet lepsze od Coca Coli. Patrząc dalej, widzimy, że Google dużo nauczył się od Kościoła. Google też daje swoje produkty za darmo. Zarabiając jakby przy okazji. Kościół wprowadził jako pierwszy komunikację zintegrowaną (nie nie jest to wymysł agencji typu 360 ;-) - spójrzcie na medium jakim są Katedry. Kościół działał na zasadach Pay Per Performance - vide większość Wojen czy Krucjat. Przykłady można by mnożyć, jednak chciałem po prostu stwierdzić, że każdy adept marketingu winien z tą pozycją zapoznać się sam. Jak już pisałem, każdy znajdzie to co lubi !